Wyborowa

2003.08.11 Nasza Polonia

Andrzej Niewinny Dobrowolski


Podj±³em siê kiedy próby skorumpowania szwedzkiego funkcjonariusza kolei pañstwowych.

Mówiê o czasach, kiedy Polska by³a krajem obowi±zuj±cych wszêdzie kolejek. Wszêdzie oprócz kolei, gdzie przed kasami biletowymi - poza wakacyjnym szczytem - w zasadzie by³o do¶æ pusto.

Us³ugê kupowa³o siê, ¿e tak powiem, w trakcie konsumpcji. Prywatnie, intymnie, w cztery oczy, z rêki do rêki. Pan konduktor rozpoczyna³ skecz, zwracaj±c siê do przedzia³owej publicznoci sakramentalnym: "biiileciki, proszê!", kto mia³, podawa³, kto nie mia³, mówi³, ¿e nie ma. Szczerze, uczciwie. Wtedy konduktor proponowa³ zastosowanie przewidzianego na tak± okoliczno¶æ trybu karno-niesympatycznego, na co pasa¿er odpowiada³ prob± o informacjê, czy istnieje opcja alternatywna. Wychodzono na korytarz, uzgadniano warunki, dobijano targu i obie strony zadowolone z transakcji powraca³y do swoich zajêæ: Pasa¿er do kontynuowania podró¿y, konduktor do "biiileciki proszê!"

Od pierwszej do ostatniej klasy szko³y podstawowej corocznie odbywa³em by³ z mam± podró¿ z Czêstochowy do Gdañska i z powrotem w taki w³anie sposób, trudno ¿ebym mia³ siê nauczyæ czego innego. Tote¿ nie dziwiê siê ówczesnemu sobie, ¿e znalaz³szy siê w identycznej sytuacji, zrozumia³em wyra¿on± po szwedzku probê o wylegitymowanie siê biletem jako zaproszenie do przyjacielskiej rozmowy na temat warunków negocjacji.

I tym razem chodzi³o o podró¿ na trasie z Czêstochowy, lecz nie do cioci w Gdañsku, a do pracy w Hudiksvall. W sumie oko³o dwóch tysiêcy kilometrów z dziewiêcioma sztukami baga¿y, w tym nie najl¿ejszym wzmacniaczem do gitary stanowi±cym narzêdzie owej pracy do¶æ zasadnicze.

Pewno wszystko odby³oby siê bez przygód, gdyby nie przesiadka w Warszawie po³±czona z nostalgiczn± wizyt± w czynnym od dwudziestej drugiej klubie hotelu Europejskiego, gdzie rozsta³em siê ze stu dolarami przeznaczonymi miêdzy innymi na bilety kolejowe w³anie. W klubie tym gra³em bezporednio przed wyjazdem na wczeniejszy kontrakt do Skandynawii, wiêc nostalgia usprawiedliwia³a wydatek. Nawet studolarowy, co w owych czasach maj±tkiem by³o znacznym, jednak fantazja i m³odo¶æ... (Dzi nazwa³bym to raczej brakiem fantazji, lecz maj±c 22 lata kryteriami widaæ rz±dzi³em siê nieco innymi.)

Co by nie powiedzieæ, pewnego mglistego pa¼dziernikowego poranka w portowym miasteczku Ystad wyl±dowa³em ze wspominan± gór± baga¿y, zadaniem dotarcia do oddalonego o tysi±c kilometrów Hudiksvall i dwoma pó³litrowymi butelkami wódki Wyborowej, reszt± ze stu dolarów.


Za jedn± dojecha³em ciê¿arówk± na dworzec centralny w Malmoe, zosta³o ju¿ tylko 950 kilometrów.

Bardzo pocz±tkuj±cym angielskim dopyta³em siê o poci±g do Sztokholmu, drzwi do wagonów by³y otwarte, wsiad³em, ruszylimy, czekam na konduktora.

Przyszed³, podobny do naszego, w czapce, z torb± i dziurkaczem, co powiedzia³, domyli³em siê, ¿e "biiileciki proszê!", kiwn±³em po szwedzku g³ow±, ¿e nie mam, wychodz±c jednoczenie na korytarz, by przyst±piæ do rozmów zasadniczych. Nie owijaj±c w bawe³nê, otwarcie, prosto z mostu zaproponowa³em wszystko, czym dysponowa³em.

Konduktor zignorowa³ w pierwszej chwili moj± ofertê, koncentruj±c siê na dopytywaniach w sprawie biletu. Zarówno jego jak i mój angielski dopuszcza³y ewentualne nieporozumienia, sprawê trzeba by³o wyjaniæ starannie, powtarzaj±c to i owo. Konkretnie ja powtarza³em, ¿e nie mam, on powtarza³, ¿e chcia³by go zobaczyæ. Dlaczego raz po raz wskazujê na trzyman± w rêku butelkê, zdawa³ siê nie pojmowaæ. W koñcu jednak doszlimy - jak by to siê dzisiaj powiedzia³o -do consensusu, ¿e butelka jest prezentem dla niego.

Powa¿na dotychczas twarz ozdobiona zosta³a nagle szerokim umiechem wyra¿aj±cym mniej wiêcej po po³owie rado¶æ i za¿enowanie. Podziêkowa³ elegancko, serdecznie, umiechn±³ siê jeszcze raz, po czym obur±cz zas³aniaj±c siebie przed ca³ym mn± ³±cznie z butelk±, odmówi³ jej przyjêcia.

Wprawny w pertraktacjach uzna³em odmowê za dobry pocz±tek targu, intensyfikuj±c nalegania. Konduktor wymawia³ siê, wzbrania³, jak piskorz próbowa³ umkn±æ z pu³apki, jednak nie móg³ nie ulec moim bardziej rêcznie ni¿ s³ownie wprawdzie, ale celnie sterowanym perswazjom i czerwieni±c siê z wysi³ku, potu oraz skrêpowania, butelkê przyj±³.

Wygra³em. Odetchn±³em z ulg±, bo mo¿liwo¶æ niedojechania do zespo³u na czas mog³a siê wi±zaæ z utrat± obiecanej pracy, a znalezienie siê w obcym kraju wy³±cznie z lekkim baga¿em dowiadczeñ oraz dziewiêcioma ciê¿kimi walizami by³oby perspektyw± raczej skromnie wró¿±c± przysz³ej karierze. Zw³aszcza ¿e w Pagarcie odda³em bezpieczny paszport s³u¿bowy i o kontrakty trzeba by³o teraz dbaæ we w³asnym zakresie.

Wróci³em do przedzia³u i siad³em wyczerpany, staraj±c siê odzyskaæ utracony w trakcie rozmowy spokój. Konduktor w tym czasie usi³owa³ zmieciæ butelkê w w±skiej skórzanej torbie, z czym sz³o mu nie najlepiej, w koñcu jednak upora³ siê z zadaniem, zamkn±³ j±, doci±gn±³ w sprz±czce pasek, zdj±³ czapkê, przetar³ spocone czo³o i ju¿ normalnie, bez umiechu poprosi³ mnie o pokazanie biletu.

 

Nie rozwlekaj±c historii, dodam tylko, ¿e zastosowana w koñcu "opcja alternatywna" dopuszcza³a przewiezienie mnie na kredyt do Sztokholmu, gdzie oczekuj±cy ju¿ na peronie dwaj panowie w mundurach zechcieli mi towarzyszyæ w krótkiej drodze na posterunek kolejowej policji, sk±d zatelefonowalimy do kapelmistrza w Hudiksvall zobowi±zuj±cego siê uiciæ op³atê za wydany mi bilet.


Dzisiaj, w dobie SMS-ów, faksów i komórek nie stanowi³oby to ¿adnego problemu. Zw³aszcza ¿e nigdy potem nie by³em w Hudiksvall, od dawna nie gram ju¿ na gitarze, a Wyborow± wycofuje siê w Szwecji ze sprzeda¿y.

Hm... Mo¿e i dobrze?


Andrzej Niewinny Dobrowolski, Goeteborg