Tam, gdzie konaj bezdroa

2003.08.05 Nasza Polonia


"Czym jest dobro? Wiedz o rzeczywistoci.

Czym jest zo? Jej nieznajomoci."

(Seneka)

 

 

Szanowne Panie, Szanowni Panowie, Szanowni Pastwo.

Nazywam si Andrzej Fromm, mam dwie crki (osiemnacie i cztery lata), syna (lat dwanacie) i on, ktra ca t nasz haastr utrzymuje przy yciu. Mam te 42 lata (co podkrelam, cho do niedawna broniem tezy, i wiek to wycznie cecha charakteru) - i niech tych kilka sw wystarczy Wam za wstp.

Pisz do Was z pogranicza. Z obszaru, na ktrym daleko do konstatacji "nie sta nas na to, tamto, siamto i owamto", za to coraz bardziej po drodze z kategorycznym "nie sta nas na nic". Ze strefy ograniczonej frustrujcym, mimo to akceptowalnym "nie moemy mie wszystkiego" - i budzcym groz "nic nie moemy mie". Znad granicy ponienia: cienkiej, czerwonej linii, oddzielajcej kultur od barbarzystwa, rozsdek od szalestwa, chodn logik racjonalnych argumentw od obdu, a wywaone zdania intelektualnej dysputy od poczucia totalnego rozchwiania i zagubienia.

To takie... sowa znad urwiska.

Zdania z domieszk ez.

Tylko w tym momencie mog napisa taki list, pki tkwi na pograniczu. I tylko teraz moecie mnie wysucha. Nie musicie, moecie - prawd powiedziawszy, po tamtej stronie zobojtniej, nie dbajc, co z mymi sowami uczynicie. Tamt stron wada nico: tam dogorywaj gocice, konaj bezdroa, cierniska gryzie szloch, tam zdycha determinacja. Z tamtej strony biedy skowyczy cisza, albowiem prawdziwej ndzy odjto swobod publicznej wypowiedzi.

 

POWD I PRAWO

 

"By biednym to nie grzech, ale straszny wstyd" - zwyk powtarza amerykaski humorysta Kim Hubbard. Fakt, wstydz si: ubstwo zwyko milcze, tymczasem prawd o ndzy zamierzam Wam wykrzycze, swj krzyk dedykujc ludziom bezzasadnie zakadajcym, i orientuj si o czym mwi, snujc wywody o biedzie. Wicej ni zadedykowa. Powcigliwo bywa godna szacunku w obliczu nadmiaru, nie w niedostatku, a wulgarno, jak powiadaj, to ujcie dla emocji, przyznam zatem szczerze: chc oplu im twarze.
Mam powd, zatem mam i prawo.

Pluj wiec w twarze menederom przeszoci, ktrzy pono nie zdawali sobie sprawy z wysokich kosztw transformacji ustrojowej i towarzyszcych jej bolesnych zjawiskach spoecznych. Bowiem jeeli o tym nie wiedzieli, nie zasugiwali laur przewodzenia, jakim obdarzy ich Nard. A jeli wiedzieli i nie mwili, nie zasugiwali tym bardziej.

Pluj w twarze baznom, deliberujcym czy bieda sprowadza si do tego, e na co kogo nie sta, czy te oznacza niemoliwo zaspokojenia podstawowych potrzeb, w nastpnej kolejnoci gldzcym o ksztaceniu umiejtnoci, roli sub socjalnych, otwieraniu kanaw mobilnoci i spoecznej sprawiedliwoci.

Opluwam tandeciarzy, szczyccych si uniwersyteck wiedz, wyliczajcych lini ubstwa dla spoeczno-ekonomicznych gospodarstw domowych zalen od wielkoci gospodarstwa domowego, potraficym odrni bied od ndzy, a skrajne ubstwo od minimum egzystencji, lecz nie rozumiejcych, e "Wiedza sama w sobie jest niczym, jeeli nie suy jakiemu celowi (Diogenes), za "Wiedza bez sumienia to upadek duszy" (Franois Rabelais).

Opluwam ferajn najemnikw przyronitych do stanowisk, zapatrzonych w partyjne, rzdowe i samorzdowe apanae, baamutnie apelujcym o podjcie publicznej debaty o ubstwie i rozwaajcym co z polsk bied pocz - w obawie, by ta nie zmiota ich ze sceny.

Pluj w twarze piewcom liberalizmu, owym zafrasowanym gnomom, sigajcym do wora perspektyw makroekonomicznych i efekciarsko wyawiajcym ze cudowne recepty na wzrost gospodarczy i owocn przyszo, obudnie wymachujcym wiedz zamknit w kastowych, pozbawionych efektywnych prb ekstrapolacji w mikroskal makrodiagnozach, nawoujcym do uelastycznienia rynku pracy przez obnienie kosztw zatrudnienia, skoro nard zafundowa sobie pace i wiadczenia na poziomie jakoby wyszym ni wynikaoby to z jego wydajnoci.

 

Wreszcie pluj w twarze ulepionym z mamaygi pustosowia ptakom, zwcych siebie politykami, cynicznie kupczcymi nadziej wobec biorcych ich arlekinad za trosk o blinich, a semantyczne gierki wyjaowionymi z treci wywodami leksykalnymi za odpowiedzialne refleksje o stanie pastwa.

 

"TATO, JESTEM GODNY!"

 

Ow nikt z wyej wymienionych nie wie, co to jest bieda, nagann niewiedz czerpic wprost z czarnej dziury braku dowiadczenia. Nawet jeeli kiedykolwiek syszeli z ust picioletniego chopca: "Tato, jestem godny!", jeli widzieli jego ojca, ktremu w gardle pcznieje glista rozpaczy, ktry usiuje przezwyciy bezradno uderzajc pici o kuchenn cian - nic o biedzie nie wiedz! Gupcy! Gupcy i durnie - by z bied walczy, mao j okrela, rozpoznawa, ustala czy przelicza. Bied naley czu -a oni nie maj pojcia, z czym re si j na co dzie. Dlatego nie obchodzi ich, co dzieje si z biednymi.

Chyba, e dzielili los biedakw.

e to ich syn akn chleba.

e to oni wyebrali bochenek od ssiada.

I e to im krwawiy knykcie.

...Wtedy jednak nie syszeliby mego krzyku: realna ndza guchnie ("Venter non habet aures" - brzuch nie ma uszu), a namacalna bieda lepnie i nie skada liter. Powiadali staroytni: "Primum vivere, deinde philosophari" - co najakuratniej przeoy Bertold Brecht: "Najpierw arcie, potem mora mona da".

Aby skutecznie nie ulg cierpicym na epilepsj, medyka nie musz drczy konwulsje, z drugiej jednak strony: "aden lekarz nie bdzie dobry, jeeli sam nigdy nie chorowa" (Konfucjusz). Jak twierdzi Immanuel Kant: "Nie znamy rzeczy a priori, z wyjtkiem tych, ktrych sami dowiadczamy".

Co to s "realna ndza" i "namacalna bieda"? Poczekajcie, poczekajcie. Wergiliusz w "Eneidzie" rzecze: "Experto credite!" - "Wierzcie temu, kto sam dowiadczy". Poczekajcie: wcigam powietrze do puc, e tak powiem.

 

TO TYLKO ZY

 

Gdy ponad pi milionw Polakw codziennie ryzykuje ekonomiczny kataklizm, blisko dwm milionom nie wystarcza na najtasze jedzenie i ubranie, prawie milion nie dojada, bytujc na granicy godu, gdy Polski Czerwony Krzy informuje, e ponad dwiecie tysicy polskich dzieci jest notorycznie - notorycznie! - niedoywionych, a Rzecznik Praw Dziecka podaje, e szeset tysicy "nie spenia obowizku szkolnego" - to nie jest bieda.

To statystyka.

Gdy wzruszeniem ramion kwitujesz socjologiczne dywagacje o ubstwie, wzdragasz, przysuchujc blekotaniu telewizyjnych gw, ze swad perorujcych o reformowaniu i restrukturyzacji, gawdzcych o prawidowociach rozwojowych, dziedzictwie przeszoci, o "homo sovieticus", trujcych zogach sowietyzmu i onglujcych "racjami ekonomicznymi" pospou z pojciami w rodzaju "postaw roszczeniowych" czy wrcz "roszcze wygrowanych" - zasadnie postpujesz, bo to rwnie nie jest bieda.
To polityka.

Gdy czynnoci tak prozaiczne jak wymiana uszczelki w ciekncym kranie, pknitej szyby czy arwki sigaj wymiarw finansowej tragedii, a ty rezygnujesz z ebraniny o zasiek, poniewa jego wysoko nie wystarcza na dojazd i powrt z Urzdu Gminy; gdy strzepujesz do garnka okruszki z szeleszczcego malizn woreczka po makaronie bezjajecznym; gdy wypatrujesz taszego o 15 groszy cukru i przemierzasz kilometry, by zdoby najtaszy w okolicy olej; gdy grubo kromki chleba plasujesz poza estetyk; gdy wychodzisz na targowisko po dwa jajka, a kasz jczmienn kupujesz sypic w do ekspedientki skrupulatnie wyliczone picio-, dwu- i jednogroszwki; gdy szerokim ukiem omijasz choby "ciuchlandi"; gdy cieszysz si, zdoawszy ukra ze sklepowej pki kostk masa i oblanego lukrem pczka; gdy nie pacisz za czynsz, wod, energi elektryczn i gaz, rachunki odkadajc w stos cigajcy si z siostrzanym, zawierajcym nie zrealizowane recepty na lekarstwa dla dzieci, a twe rozdarcie zszywa zblazowane pytanie inkasenta: "Paci pan, czy mam wyczy?"; gdy zdejmujesz z palca obrczk, by zamieni j na ks chleba, bry wgla, podrcznik dla crek i buty dla syna - to te nie jest bieda.
To przejciowe trudnoci gospodarcze.

Gdy dostrzegasz w oczach latoroli przebysk wiadomoci: e ksiki-nauczanki o tym, jak to jest ze witym Mikoajem, niebem ksiycowym i soniem afrykaskim, e pyszny smak dranicego gardo "picia po ktrym si nie kaszle", e klocki Lego, czekolada, banan -i inne, oczywiste do niedawna prezenty-spodziewanki naraz zaliczy trzeba do asortymentu rarytasw dostpnych znienawidzonym niespodziewanie szkolnym koleankom i kolegom, tym wybranym, szczliwszym, lepszym; e widok wracajcego ze sklepu i wykadajcego na kuchenny st rne-rniste-rnoci taty, e wyjazdy na poszukiwanie skarbw wiosny, lata, jesieni i zimy, e zabawa pena miechu na trzy pitra i ssiadw zza cian, e mama radosna... - e by to sen kolorowy, legenda, marzenie; gdy obserwujesz bunt uzewntrzniony zawirowaniem wstek w warkoczach siedmioletniej crki: "Tato, dlaczego?!" - do diaba, to te nie jest jeszcze bieda!

To tylko zy.

Kiedy w takim razie mona mwi o biedzie?

 

PRZECIERAJC TWARZ

 

Gdy rzeczywicie zakleszczasz si w sobie, wegetujesz, ograniczajc do zabiegw syccych jeno biologi? Gdy aspiracje dzieci, ladem ziemniaczanych obierkw, upychasz w worku z odpadkami, a jedyne, co moesz im przekaza, to gorycz? Gdy drysz, spogldajc na termometr za oknem, wybornie wiedzc, jak niewiele kalorii wykrzeszesz z zzibnitych doni i do jakiej temperatury martwy piec rozgrzejesz strwoonym sercem? Gdy zagldasz w oczy matki twoich dzieci, oczy bezbarwne i szkliste, gdy widzisz spywajce po policzkach kaskadami alu krople rezygnacji, usiujcej rozpali ten sam piec listami z kiedy, kiedy, i z dalej od skdkolwiek, szepczcej zduszonym, wypranym z emocji, beznamitnym gosem e pami nie daje ju siy, a marzenia nie ocuc wymarych talerzy?

Wtedy wic?

A moe wwczas, kiedy yjesz, czekajc na ycie? Gdy dum i honorem postanawiasz zaj si kiedy indziej? Gdy doszcztnie znienawidzi ci twe wasne odbicie i zorientujesz si, e najgorsz stron bytu ndzarza jest brak moliwoci wyboru? Gdy zgorzknienie puchnie frustracj, apatia przeistacza w agresj, a ty starasz nie wycofywa, poszukujc okruszyn przydatnoci - wiadom, e twe dziaania pozostan bezpodne? Gdy soce zachodzi z gniewem i zoci? Gdy cigle jest zima, a nigdy nie ma Boego Narodzenia (Clive Staples Lewis)? Gdy idziesz ulic, obok drepcze twj wierny pies: poraka, a "potg smaku" odnajdujesz wycznie w strofach wiersza Zbigniewa Herberta? Gdy konkludujesz, e ycie to gar gwna (Kurt Vonnegut), a ty za duo naoye sobie na talerz?

Czy moe wtedy, kiedy empatia staje si sowem pustym jak wiatr, mier potrzeb duszy, a ty rozwaasz, w jaki sposb zrejterowa, by kopotw nie przysporzy rodzinie? Gdy nie znajdujesz powodu, eby oddycha, martwym bdc, cho wiedzie o tym nie chcesz?!

...O, tak. Wtedy ocierasz si o bied. Rzec mona: twarz. Ocierasz jedynie, cho niekamana bieda czai si tu obok. Prawdziwej biedy dotykasz, gdy zrozumiesz, e to co konieczne, jest niemoliwe. e chcie to mao, skoro nie moesz. Gdy wiesz ju jak y i co to znaczy by wolnym i pojmiesz, e to za mao, by przey - wiedzie, co zrobi z yciem - bo wolno daj pienidze.
I e caa reszta to bekot.

"ycie bez namitnoci nic nie jest warte" - zauwaya przed laty pisarka Joanna Chmielewska. "Namitno ograniczona moliwociami, bardziej ni wartoci przydaje yciu blu" - skomentowaa moja ona. Zaiste prawdziwie powiedziane - i powiedziane nazbyt powcigliwie.

Bieda peszy.

enuje.

Tamsi.

Zniewala.

Upokarza.

Przestraja percepcj, modyfikujc j na ksztat szczurzej. da jednego: przey.

Dotrwa.

Przetrwa!

Wytrwa!!

Trwa!!!

Bieda upadla.

 

WDOY UPODLENIA

 

Gdy przedszkolaki przeklinaj, uczniowie podstawwek wymuszaj haracze, modzie znca nad zwierztami, licealici podrzynaj garda rodzicom (i morduj nawzajem), nauczyciele dgaj noami uczniw (i vice versa); gdy na przestrzeni omiu lat czterokrotnie ronie liczba bjek i pobi wrd nastolatkw, policja nie ma czasu i pienidzy na apanie przestpcw, a policjanci "przytulaj par zotych na boku" - to jest bieda.

Gdy na castingi do filmw pornograficznych zgasza si w Polsce po kilkaset osb, dwudziestoletnia Polka bije "seksualny rekord wiata", w cigu omiu godzin uprawiajc seks z przeszo szecioma setkami mczyzn, a na pytanie jak si czuje odpowiada: "Jestem dumna"; gdy pisma dla nastolatek doradzaj, jak i gdzie podczas wakacji "modnie straci cnot"; gdy spord wszystkich mieszkacw kraju pooonego midzy Odr a Bugiem tylko jedna osoba na dziesi poprawnie odczytuje treci przekazywane w programach informacyjnych; gdy emerytki dostaj spazmw ze wzruszenia, lepnc przy poudniowoamerykaskich serialach - to te jest bieda.

Gdy zacierane s rnice midzy informacj a propagand; gdy system ubezpiecze spoecznych na dobr spraw nikogo nie ubezpiecza; gdy jedn czwart samorzdowego budetu zera administracja; gdy 70 procent wody dostarczanej odbiorcom dwudziestu najwikszych polskich miast nie nadaje si do picia; gdy z powodu nie uiszczonych rachunkw Telekomunikacja Polska odcina poczenia telefoniczne bankrutujcym szpitalom, personel innego miesicami nie otrzymuje wynagrodze, organizujc godwki i wychodzc na ulice z transparentami "prosimy o chleb!"; gdy gangrenuje si ide wolontariatu, za "wykazywan inicjatyw" chwalc ludzi gotowych pracowa za "dajcie mi szans si zaczepi", za n-ty "okres prbny", za obietnic stau, za darmo (pseudorecepta na bezrobocie: praca dla satysfakcji. W kroczu wos si jey, gdy do tego stopnia debilne pomysy lansuj tuzy ksztatujce opini publiczn w moim kraju)... tak, tak - to rwnie jest bieda.

Gdy Konstytucja staje si zbiorem postulatw w miejsce zbioru zasad, a zapisy "najwyszego aktu prawnego" warte s mniej ni papier, na ktrym je wydrukowano; gdy kade cztery na dziesi ustaw rozpatrywanych przez Trybuna Konstytucyjny to absolutne knoty wypenione paragrafami sprzecznymi z prawem; gdy najperfidniej omijaj prawo ci, ktrzy je stanowi za poselski immunitet staje si tosamy z bezkarnoci; gdy liderzy grup przestpczych maj wpyw na dziaania lokalnych i pastwowych szczebli wadzy; gdy niektrzy sdziowie, prokuratorzy i adwokaci nie tylko wi si ze wiatem przestpczym, ale i kieruj gangami, gdy elity oskara si o korupcj niedugo po oskareniu lekarzy o mordowanie pacjentw za pomoc leku zwiotczajcego minie; gdy minister spraw wewntrznych i administracji wali publicznie na odlew: "Tam, gdzie jest to moliwe, naleaoby dziaa zgodnie z przepisami", a nikt nie zauwaa i nie wytyka ministrowi "lapsusu", wic dwie trzecie Polakw deklaruje respektowanie prawa "o ile jest ono sprawiedliwe"; gdy minister zdrowia frymarczy zdrowiem najuboszych rozdymajc kampani lekw za zotwk ("Zastanwmy si, czy jeli emeryt zaoszczdzi miesicznie dziesi zotych, to bdzie duo czy mao. Ja uwaam, e duo" - powiedzia na antenie Polskiego Radia, wszelako minister le uwaa, bo to nie jest duo, to podo); gdy premier "przywraca strategiczny wpyw pastwa", a powicajc si dla dobra kraju i dbajc o interes narodowy, w tym interes najbiedniejszych (pamitacie expose? "Gospodarki i ycia spoecznego nie bdziemy dwiga kosztem najuboszych, bezrobotnych i bezradnych") sprzedaje Polakom nadziej, a nard yka jego sowa niemal jak bocian ab (niemal, bo wawo niczym bocian, lecz bezrozumnie jak tylko czowiek potrafi) - wtedy take mamy do czynienia z bied.

Tylko gdy minister finansw, namawiajc Polakw do integracji z Uni Europejsk, wieci im po oczach euro, przynt tajc w konfabulacjach typu: "dka nad fiskim jeziorem, muzeum w Hiszpanii" (e niby wyjedajc, Polacy nie bd mieli kopotw z wymian pienidzy) - to nie jest bieda. Gdy czowiek nie wie, na jakim wiecie yje, to wyraz paranoi, nie biedy i wniosek std suszny: minister finansw lep uliczk ewolucji.

W sumie to jest wanie obraz dotykalnej, autentycznej biedy: gdy bezprawie i chaos zastpuj prawo i porzdek, gdy uczciwo staje si egzaltacj, na ktr nie moesz sobie pozwoli, gdy przemoc przeciera kobierzec normalnoci, upodabniajc go do somianki rzuconej na pryzm ajna kryminalnej anarchii, gdy terminy "uczciwo" oraz "prawo" znikaj midzy okadkami sownika staropolszczyzny, a tolerancja do spki z polityczn poprawnoci i relatywizmem miad szlabany znacze i wartoci, wdzierajc na torowisko grzechu, po czym anomi defekuj westybul absolutu.

 

STYLOWA TONACJA MATACTWA

 

Sdzicie, e to Himalaje banaw? Wic krzykn Wam co jeszcze, co, co Was zaskoczy: bieda wcale nie chowa si w ubstwie, bieda ukryta jest w sytych! Dwa tysice lat temu Jezus wypdzi kupcw ze wityni, a pienidz cierpliwie doczeka wendetty i historia wrcia fars. W Polsce sprywatyzowano zyski i uspoeczniono straty, a handlarze zmdrzeli - przywdzieli szaty kapaskie i teraz oni wypdzaj ze wityni Chrystusa. Oto powszechne, jawne, ekspresyjne oblicze biedy. Rzetelna, wymowna, stylowa tonacja matactwa: dyrektor artystyczny pewnego domu mody publicznie wyznaje, e szczytem luksusu jest nie wiedzie, ile pienidzy przeznacza si na ubranie!

Szczyt luksusu?! Raczej dno kloaki, wypenionej ajnem arogancji!

propos arogancji... Wiecie, jak wysysaj pienidze podatnikw agencje rzdowe i fundusze centralne? Jak znakomicie radzi sobie rzesza prezesw, dyrektorw, czonkw rad nadzorczych, doradcw i specjalistw, lukratywnymi kontraktami ywica niezliczone tabuny bliszych i dalszych pociotkw? Wiecie, jak niebotycznie rosn dochody urzdnikw wybujaej niczym krwioercza hydra administracji pastwowej najwyszego szczebla? Albo koszty jej obsugi w postaci samochodw subowych, ochrony, specjalnych domw wypoczynkowych i sanatoriw, lecznicy rzdowej zarezerwowanej dla nich i czonkw ich rodzin? Horrendalna rozrzutno, bizantyjskie wrcz rozpasanie.

Oto styl sprawowania wadzy: rwa dobro publiczne, rwa ile mona, ile plugawe dusze zapragn. Oto polska klasa panujca: zdegenerowani nuworysze, unurzani w breji mafijnych powiza, partyjnych traktatw, wzajemnych ukadw i asekuranckich, majtkowych intercyz.

Aferalny syndykat, pawicy si w luksusie i mamicy osupiay plebs kamliwymi zapewnieniami rodem z podrcznikw socjotechniki. Oto Polska: pastwo gangsterskich interesw, skompromitowane, przearte aferami, pozbawione efektywnego przywdztwa. Kleptokratyczne kondominium na miar afrykaskich reimw. Kraj we wadaniu partyjnych baronw, finansowych oligarchw i zbrodniczej kliki kumotrw.

Polska przypada diabu. Patriotyzm? Wartoci? Idee? Wsplne dobro? A jak si to pisze?! W tym kraju przyzwoito tyle razy dostawaa kopa - e ju nie potrafi si podnie!

Zwrcilicie moe uwag na popularne wrd establishmentu demonstracje przeciwko biedzie, owe monstrualne bankiety zwane "imprezami dobroczynnymi", na jakie finansowe elity z naleycie ufortyfikowanych enklaw przepychu na obrzeach miast przekradaj si, przelizgujc midzy obskurnymi, zrujnowanymi blokowiskami, a na ktrych hoe damy tuzw rodzimego wiata polityki i biznesu, w sztafau wystawnych dekoracji, zza wykwintnie przybranych, zastawionych frykasami stow, wiecc dyskretnie ukrytymi na palcach i deksoltach precjozami, w kreacjach za kilkanacie tysicy zotych "przeciwstawiaj si ndzy", za ich waciciele, tryskajc entuzjazmem zza jedwabnych krawatw i klap garniturw od Armaniego celebruj uomn lito, te kpiny ze zdrowego rozsdku uzasadniajc aosnym trelem frazesw o "spoecznej wraliwoci"?!

Obrzknite od dobroci samopoczucia, usta paplajce o ludzkiej godnoci, wargi z patosem gulgoczce o wyrwnywaniu szans, solidarnoci i wsplnych celach... Poraajcy rodzaj komunikacji z ndz. Jedyny, jaki znaj: komunikacji za pomoc totalnego garstwa. Stado hipokrytw, zbijajcych fortuny na oszustwie. Wataha nagich kutasw o sparszywiaych sumieniach... nie, do cna wyzbytych sumie i pozbawionych wstydu - stojcy kutas ma ochot, lecz nie rozwaa niuansw konfuzji! Zaiste, pienidze nie mierdz, to ich waciciele cuchn!

...Bezpodstawne uproszczenia? Demagogia, powiadacie? Nie jestem obiektywny, tak? C, obiecaem wykrzycze Wam prawd, nie obiektywizm. Krzyk z samej definicji oznacza przesad. Czasami krzyczymy, by nie sparaliowa nas strach. W wietle tego co napisaem, mona go nazwa histerycznym, ale na pewno nie bdzie to histeria. Ot, wykorzystuj prawo do przejaskrawie, gosy nawet sysz: larum graj!

 

BDZIE GONO?

 

Bieda nie yje jak chce, lecz jak potrafi, z reguy milczc. "Przez ycie, jak przez boto, idzie si z trudem" - zapisa Wiktor Hugo. Niektrych bocko wciga - bo tak urzdzamy nasz bezprecedensowy wiat, dramatem jawicy si wtedy, gdy naraz tonie zbyt wielu. Ale uwaga, uwaga - to ju dzisiaj, to teraz. Panie, Panowie: witajcie w cikich czasach! Jeeli, jak mawiaj reporterzy radiowi: "ycie jest surowcem", to ycie biedakw przypomina dzi surowiec wtrny, nie nadajcy si nawet do utylizacji.

Niejeden toner spaskudzono i niejedn ryz papieru zuyto, analizujc sukcesy ugrupowa okrelanych mianem populistycznych. Obwchujc kariery aktywistw nicowano partyjne programy, a wypenione zawiymi analizami przyczyn i skutkw dyskusje trwaj, cho nieskomplikowana diagnoza ma budow motka: liczba zawiedzionych (zraonych, rozczarowanych, zniechconych, odrzuconych) siga progu tolerancji organizmu zwanego pastwem. eby tak rzec: z czubem. I tworzce nard "masy" mwi "basta!"

e "basta!", niechby masowe, to cokolwiek mao, by zrodzi przywdztwo? Nie rozmieszajcie mnie - i na rewolucj wystarczy. "Rzd do roboty za 500 zotych! Mamy do demokracji dla bogatych!" - woaj na manifestacjach pielgniarki, miesicami nie otrzymujce pensji.

Pielgniarki, lekarze, nauczyciele, rencici, emeryci, rolnicy, stoczniowcy, hutnicy, grnicy... dugo mona wymienia, dziwic si, jak wiele grup spoecznych nadal grzeszy w tym kraju agodnoci!

I strzecie si tych, ktrzy owiadczaj, e "demokracja to dialog". A jeli naprawd tak uwaacie, posuchajcie uwanie, bo mam dla Was nowin: demokracja nie wymaga dialogu. Wymaga wikszoci. Zasadniczy kanon demokracji brzmi: wikszo. I kwita. Moecie to zapamita?

Powysze domaga si oczywicie uzupenienia. Bo kiedy umrze nadzieja, gdy ndza signie dwudziestu, moe dwudziestu z hakiem procent populacji, ubstwo wylezie z ktw: gromada niezaradnych, upoledzonych ekonomicznie odszczepiecw przestanie si w nich mieci.

Tkwica w zakamarkach sfora przestanie przeprasza, e yje. Dotrze do, e ycia nie powtrz - i e nikt nie zrekompensuje im egzystencji nierwnych szans. A kiedy spleniaa, skumulowana, rozsierdzona bieda hurtem otworzy lepia i zacinie pici... Hiszpaski jezuita Baltazar Gracjan y Morales przestrzega: "Nie walcz z czowiekiem, ktry nie ma nic do stracenia". Susznie. Czowiek, ktry nie ma nic do stracenia, nie boi si ryzyka.

Nie widzicie zwizku? "Akceptowanie faszywej sytuacji jest faszowaniem siebie" - upomina Sawomir Mroek. Faszowanie rzeczywistoci dla zaspokojenia iluzorycznych, konsumpcyjnych korzyci w teraniejszoci zemci si - by moe jutro lub w najbliszy wtorek. Poznajcie opini znad granicy ndzy (jeli chcecie: z pogranicza biedy i totalnego ubstwa). Werdykt gratis, w prezencie, gdy niezadugo prawdopodobnie caoksztat zwinie mi kalafiorem.

Id tuste lata dla ndzy, e si tak wyra. Powiadam wam, jest si czego ba. Zrbcie z tym co, cokolwiek, ale zrbcie szybko. Albo ndza zrobi to za was - i bdzie gono. Powtarzam, larum ju graj - nawet obartym idiotom do tego stopnia nie powinno zalee na decybelach! Zgoda, bywaj pikne katastrofy (czytalicie Kazantzakisa? Widzielicie "Greka Zorb"?) - pod warunkiem, e s to katastrofy cudze. Ta sadzca wielkimi susami ku waszym przedproom rwnie olni - godni wybuchn miechem, sytym darujc krwawe zy.

 

* * * * *

 

Elias Canetti rzek kiedy: "Trudno jest powiedzie akurat tyle, ile chce si powiedzie". Ja mam tylko swj krzyk, teraz wic zamilkn - do si nakrzyczaem. Sytych serdecznie pozdrawiam, treciwych posikw yczc. Moe Bg im wybaczy - powiadaj, e to Jego zawd. Ja nie zamierzam: smrd transformacji ustrojowej dokumentnie przepali mi mzg, kleszcze recesji rozpatay serce, a e buteleczk endorfin stukem na ganku anonimowych dobrobytw, to i wielkoduszno mi zwida. Jeli o mnie idzie, obejdzie si bez depenalizacji ohydztwa: grzebi nadziej w miejscu, w ktrym konaj bezdroa i nie programuj uaskawie.


Z powaaniem, Andrzej Fromm.

 


Copyright (c) by Andrzej Fromm, lipiec 2003

afromm@op.pl