Gienek Brzezinski

Rzumy to miso

Przeczytaem wanie ksik. Powiedz Pastwo pewnie: no i co z tego? No bo faktycznie, przeczytanie ksiki nie powinno jednak, mimo wszystko, stanowi wci jeszcze a takiej sensacji, by trzeba byo o tym pisa artyku.

Ksika jest na pewno warta przeczytania, ciekawa i napisana przyzwoicie przez jednego z naszych modych prozaikw (Andrzej Stasiuk: "Biay kruk"). Polecam j szczeglnie tym, ktrzy czytali "Pann Nikt" Tryzny, bo w jaki sposb jest do tamtej odniesieniem - sporo opowiada o dorastaniu, cho tym razem chopcw. Moe to zreszt tylko mnie si tak skojarzyo? Ale to w sumie nie takie wane, bo nie o ksice ma by to pisanie. Posuya mi ona jedynie jako pretekst do pewnych rozmyla.

Ot autor, opowiadajc burzliwe losy grupki mczyzn posuguje si jzykiem, jakim rozmawiaj wanie "prawdziwi mczyni". I o tym wanie chciabym dzisiaj par sw napisa. Wszyscy oczywicie wiemy, jakich sw si w Polsce uywa. I nie udawajmy, e kiedy, w czasach naszej modoci byo inaczej. Ludzie zawsze klli, a mnie jako starego "marynarza" powinno by trudno zbulwersowa kilkoma wulgaryzmami. A jednak, a jednak. Oczywicie obyczaje si zmieniaj, wiat idzie naprzd, wyroso nowe cakiem pokolenie itd.,itp. Wiem, wiem, wszystko to syszaem, z wszystkiego tego zdaj sobie spraw. Mimo tego czuj za kadym razem rodzaj niemiego dreszczu, kiedy sysz padajc z ekranu telewizora "k...", gdy kto kogo w ksice "p...i", gdy jeden parlamentarzysta zwraca si do drugiego parlamentarzysty "po "ch.. mi to" itp.

Byy kiedy czasy, w ktrych tego typu sowa byy wstydliwie omijane przez dentelmenw, szczeglnie, kiedy znajdowali si w towarzystwie kobiet. Dzisiaj ju nie. Przykad tzw. z ycia. Stoj na pomocie nad piknym jeziorem na Kaszubach i przygldam si grupie modych - bardzo modych - ludzi baraszkujcych w wodzie. Przygldam z pewn sympati, bo sprawiaj mie wraenie. I nagle sysz, jak jeden chopak do drugiego mwi: "ale zaj...a woda!". Drugi woa: "O k...a, jak ekstra!". Dziewczyna, ktra jest z nimi pywa w pewnej odlegoci od pomostu, wic chyba mnie nie usyszy. Bior na odwag i mwi: "Panowie, adnie to tak przy damie si wysawia? Taki pikny ten nasz ojczysty jzyk, tyle w nim poezji, a wy tak brutalnie i niemio".

Popatrzyli na mnie i nawet mi nie przykopali, a nawet jakby si wrcz zawstydzili. W tym momencie dobiega dziewczcy gos z wody: "No co jest, k...a z wami!? Po jaki ch.. tam stoicie? Taka zaj...a woda, a wy si op...cie na pomocie!" (to ostatnie sowo nie miao nic wsplnego z opalaniem). Rce mi w tym momencie opady i zostawiem "dentelmenw" w spokoju.

W czasach zgrzebnego socjalizmu, kiedy mielimy do czynienia z wadz z awansu spoecznego mona si byo spodziewa mniej wykwintnego jzyka u jej przedstawicieli. A jednak nie mog sobie przypomnie adnej sytuacji, w ktrej jaki polityk uyby wulgaryzmw publicznie. Na to musiaem czeka a do czasw demokracji, kiedy to - z wszystkich moliwych ludzi! - marszaek Sejmu (byy), zapomniawszy, i ma przed sob wci wczony mikrofon posa w wiat solidn "k...".

By nawet w tamtych szarych czasach taki dowcip, oddajcy w pewnym sensie to, o czym mwi. Facet - moe przodownik pracy, a moe zwyky "dziaacz" - dosta jak nagrod i po jej odbir mia si uda a do ministerstwa, przed oblicze Wanego Urzdnika. Sprawa bya prestiowa, wic onegdajsi lokalni spece od public relations wzili chopa w obroty, by go do tej wielkiej chwili przygotowa. Kazali mu kupi czarny garnitur i bia koszul oraz pasujcy krawat. Do tego lakierki i facet wyglda, jak wzorowy przedstawiciel klasy robotniczej w witecznym wydaniu. By tylko jeden szkopu; wyrniony kl jak szewc i swka "k...a" uywa jako regularnego przerywnika w miejsce wszystkich znakw przestankowych z cudzysowem wcznie. Opinia bya jednoznaczna: nie mona puci do Warszawy kogo z takim sownictwem, bo co sobie Towarzysz Wysoki Urzdnik pomyli. Ale sprawa nie bya wcale taka prosta. "Co mam, k...a, mwi w zamian - "aba", czy co, k...a?" - zastanawia si gono odznaczony. A choby i "aba", odrzekli spece i zaczli autentyczny socjalistyczny brainwashing, Po trzech tygodniach pojecha facet do stolicy by stan przed Obliczem. Pech chcia, e zaraz w progu gabinetu potkn si i szpetnie - na szczcie ju po nowemu - zakl: "Oesz, aba!". No to poblady z lekka Urzdnik zerwa si zza biurka i krzykn: "A skde tu, k...a, aba!?"

art, jak art, a przecie oddaje jako nastrj w narodzie, dla ktrego wwczas urzdnik na stanowisku "rzucajcy misem" by czym do egzotycznym. Ale wrmy na nasze podwrko. Czy warto gorszy si, czy warto kaza uszom widn, czy warto walczy z wiatrakami, skoro "wszyscy tak mwi"- od przekupki do Marszaka (choby Sejmu, bo tego wojskowego to zdaje si nie mamy, ale jak bymy mieli, to pewnie te by kl). Moe trzeba to zaakceptowa, bo jzyk wszake, jak ka nam wierzy niektrzy specjalici, jest ywy i wci si rozwija.

Problem polega jednak nie na jzyku, moim zdaniem, tylko na kulturze. Sowa te, w ogromnej swej wikszoci, nie s neologizmami i uywali ich ju nasi klasycy (cho nieco rzadziej, ni "klasycy" dzisiejsi). Chodzi wic o ich publiczn akceptacj.

Pocztek tej odmiany obyczajw zrobi chyba na amach prasy Jerzy Urban w swoim "Nie", gdzie bulwersujcy styl zamieszczanych artykuw i taka ich zwykle tre ustpoway pola wycznie jzykowi w konkurencji szokowania Narodu. Potem przyszy "Psy" Pasikowskiego, w ktrym byli milicjanci gosili z ekranu swe prawdy jzykiem kojarzonym do tej pory raczej z drug stron konfliktu "prawo i bezprawie". Zrobio si nagle swojsko, niemal domowo i bardzo radonie, bo ta pozostaa garstka (modych) ludzi, ktra miaa wci opory przed takim jzykiem moga si ich ju wreszcie pozby. Potem mona ju byo spotka "k..." wszdzie (cudzysw oznacza w tym wypadku, e chodzi mi wycznie o spotkanie sowa, a nie jego cielesnego odpowiednika). Nawet mj ukochany, dbajcy o poziom, czoowy w Kraju opiniotwrczy tygodnik nie trudzi si wykropkowywaniem wulgaryzmw. Bo i po co, powiecie Pastwo by moe, skoro i tak wszyscy wiedz, o co chodzi.. Przecie byaby to zwyka pruderia. Naprawd? miem ot twierdzi inaczej: nie naley poddawa si bez walki! Chamstwu trzeba si przeciwstawi i od tego wanie jestemy my, ktrzy wci wstydzimy si uywa publicznie jzyka kojarzonego dotd - nie wiedzie czemu - z furmanem (klnie jak furman - mwio si w rejonach, gdzie nie byo zapewne zbyt wielu szewcw). Furmanw ju nie ma, szewcw prawie te, a "ich" jzyk kwitnie, jak mao kiedy.

Prosz Pastwa, deklaruj niniejszym Kwartalnik Sceny Polskiej w Holandii pismem, na amach ktrego nie pojawi si adna "k...a", jak rwnie adne inne ekspresyjne wyraenie uwaane za "nieparlamentarne", cho i to okrelenie trzeba ju chyba rwnie wzi w cudzysw.. Skoro Polacy w Kraju nie chc o to dba, to my, jak ten Latarnik jaki czy inny "Polak May" bdziemy dawa zdecydowany odpr. Bdziemy jak ta Reduta Ordona, co si sama wysadzia a nie poddaa! Bo jak nie my - to kto?


G.Brzezinski


**************************


Autor jest wsppracownikiem Kwartalnika Scena Polska w Holandii.( http://www.poolspodium.nl )


2003.05.15 Nasza Polonia