Tragedia "Wilhelma Gustloffa"
2002-04-23 Relacje

Kilka osobistych refleksji wokół książki Güntera Grassa "Im Krebsgang"

Najnowsza książka Güntera Grassa "Im Krebsgang" jeszcze nie została przetłumaczona na inne języki, a już wzbudziła wielkie emocje w wielu krajach. Największe oczywiście w kraju wydania, w Niemczech. Dyskusje toczą się wokół pytania, czy Niemcy mogą być traktowani jak ofiary i czy mają prawo do cierpienia.

Głównym tematem powieści jest zatopienie pasażerskiego statku "Wilhelm Gustloff" w czasie drugiej wojny światowej.

Byłem małym chłopcem, gdy to się wydarzyło, a mimo to wspomnienie tej katastrofy zawsze jest nadal żywe w mej pamięci.

Tło dramatu jest następujące. 30 stycznia 1945 roku "Wilhelm Gustloff" wypłynął z Gdyni z niemieckimi uciekinierami. Byli wśród nich przede wszystkim cywile, ale także ranni żołnierze, SS-mani, wysocy nazistowscy dygnitarze, dziewczęta ze służby pomocniczej Marynarki Wojennej oraz uczniowie Oficerskiej Szkoły Okrętów Podwodnych. Statek był straszliwie przeładowany. Oblicza się, że na statku tłoczyło się około 6000-7000 ludzi. Około dziewiątej wieczorem trzy radzieckie torpedy trafiły statek. "Wilhelm Gustloff" zatonął. Było ciemno, 15 stopni poniżej zera, zamieć śnieżna. Tylko około 1000 osób przeżyło katastrofę.

Jest dzień po katastrofie, wieczór w moim mieście, Gdyni. Wojna trwa już przeszło pięć lat. Wiemy już, że Niemcy ją przegrają, ale nikt nie może jeszcze przewidzieć, kiedy to nastąpi. Siedzimy skuleni wokół radia i potajemnie słuchamy BBC. My, to znaczy matka, mój szesnastoletni brat, trzynastoletnia siostra i ja, siedmiolatek. Kocie oko radia mruga w ciemności. Znajomy sygnał BBC: "bum bum bum bum, bum bum bum bum" brzmi cicho, ale dźwięcznie. Głos jest ściszony do absolutnego minimum. Cisza i napięcie, bo Polakom na Pomorzu za posiadanie radia grozi kara śmierci.

Spiker BBC powiedział, że wielki statek "Wilhelm Gustloff" pełen Niemców, poprzedniej nocy został zatopiony. Podniecenie ogarnęło moją dziecięcą duszę, gdy słuchałem rozmowy, która wybuchła między matką i moim starszym rodzeństwem.

Wiedzieliśmy dobrze, co to był za statek, ponieważ przez wiele lat stał on w gdyńskim porcie. W ostatnim czasie w miarę zbliżania się frontu zauważyliśmy także, że wiele niemieckich rodzin z drugiej strony ulicy w pośpiechu się wyniosło, między innymi rodzina, która prześladowała nas, Polaków, i przed którą żyliśmy w ciągłym strachu. Poczuliśmy wielką ulgę! Pomyśleć, może oni też byli na statku?!

Ludzie ci należeli do tych 100 tysięcy niemieckich osadników, którzy skolonizowali Gdynię i okolice. Zajęli domy, mieszkania, przedsiębiorstwa, gospodarstwa odebrane 150 tysiącom Polakom, których wysiedlono do Generalnej Guberni. My, garstka około 15 tysięcy, których pozostawiono w Gdyni, żyliśmy w ciągłym strachu przed tymi ludźmi. W świeżej pamięci mieliśmy tych 40 tysięcy, których wymordowano w pierwszych miesiącach wojny.

Podczas wojny Pomorze zostało przyłączone do Rzeszy. Wszystko, co było polskie, zostało zabronione: używanie języka polskiego, posiadanie polskich książek, jakiekolwiek przejawy polskiej kultury. Złamanie tych nakazów groziło pobiciem, a nawet wysłaniem do obozu koncentracyjnego Stutthof.

Koniec wojny. Wiosną 1945 roku przez Gdynię przechodziły tysiące niemieckich jeńców, w drodze na wschód. Pewnego dnia byłem świadkiem zdarzenia, które wryło mi się w pamięć. Matka posłała mnie po wodę. Przy pompie wiła się długa kolejka ludzi z wiadrami. Kilku niemieckich jeńców, którzy odpoczywali w pobliskim zagajniku, podeszło i zapytało, czy mogliby poza kolejką nalać sobie wody do menażek. Ludzie przepuścili ich, ale jeden mężczyzna zareagował gwałtownie. Był bez nogi a na głowie miał wytartą rogatywkę. Z oburzeniem opowiadał, jak to Niemcy traktowali go, gdy dostał się do niewoli. Mimo że był ranny i panował straszliwy upał nie dali mu nawet wody! Kobiety w kolejce uciszyły oburzonego mężczyznę słowami: "Ci żołnierze to też ludzie".

Kilka miesięcy później tą samą drogą znów sunęła rzeka Niemców. Tym razem byli to cywile i szli na zachód. Niemców wysiedlano z Prus Wschodnich. Przechodziłem z mamą obok i przyglądaliśmy się nieszczęśnikom. Mama trzymała mnie za rękę. Powiedziałem coś do niej, nie pamiętam już co. Chyba to było coś triumfującego albo pogardliwego o tych ludziach. Uścisnęła moją rękę i powiedziała: "Wśród Niemców są też dobrzy ludzie, zapamiętaj to!".

Moja matka, podobnie jak kobiety przy pompie, rozumiała, że również wśród oprawców mogą być ofiary i że także oni potrzebują zrozumienia. I, co ważniejsze, nie wolno nam osądzać całego narodu!

Wszyscy jesteśmy uwięzieni w sidłach Historii, a Historia rzadko daje nam wybór. Jej kaprysy decydują czasami, gdzie się znajdujemy, jako grupa: wśród oprawców czy ofiar. Ten, kto jest ofiarą w jednym przypadku, może stać się oprawcą w drugim. Historia pokazuje nam że osobiste, własne cierpienie nie buduje w nas niejako automatycznie współczucia dla innych - coś, co my wszyscy, którzy byliśmy ofiarami, tak bardzo chcielibyśmy uwierzyć.

Dlatego pojednanie musi iść dwoma drogami - naród, który popełnił zbrodnie, mówiąc o swoim cierpieniu, nie zapomni tego bólu, który zadał innym. Ofiara zaś musi zrozumieć, że niewinni w narodzie oprawców także cierpieli.

Treść audycji "OBS! Kulturkvarten" z 10 kwietnia 2002 w Szwedzkim Radiu*

Andrzej Olkiewicz

W latach osiemdziesiątych, w kresie "Solidarności", Andrzej Olkiewicz pisał artykuły w szwedzkiej prasie, przede wszystkim o sytuacji w Polsce, pod pseudonimami "J P Niezginęła" i "Sigrid Eriksdotter"

*Zatopienie statku "Wilhelm Gustloff" uważane jest za jedną z największych katastrof morskich. Przy końcu drugiej wojny światowej w okresie ewakuacji uciekinierów i rannych żołnierzy zostały storpedowane również inne statki niemieckie, miedzy innymi: "General von Steuben" z 3 500 ludźmi oraz "Goya"z 6 -7 000 ludźmi. W obu wypadkach niemal wszyscy zginęli. Dla porównania na Titanicu znajdowało się 2 207 ludzi, 1495 zginęło.

Dlaczego powieść Guntera Grassa wzbudziła sensacje? Uważa się że Grass przełamał tabu. Po zakończeniu wojny mówienie o Niemcach jako o ofiarach i o ich cierpieniu nie było politycznie akceptowane. Pisarze, reżyserzy i dziennikarze niemieccy rozpatrywali raczej winę Niemców i przyczyny które spowodowały że ich naród mógł dopuścić się tak ohydnych zbrodni. Jedynie grupy skrajnie prawicowe wykorzystywały tragedię wygnania dla swoich mętnych celów.

Gunter Grass, Gdańszczanin (matka Kaszubka, ojciec Niemiec), mający aurę progresywnego i pozytywnie nastawionego do Polski człowieka, oprócz tego orędownik pojednania, miał jakby moralne prawo do przełamania tego niezręcznego tematu.

Dla ciekawych

Niemiecki tygodnik "Die Spiegel", w numerach 13-16 z bieżącego roku, miał serię artykułów o ucieczce i wygnaniu 14 milionów Niemców. Opisy i komentarze są według mego zdania obiektywne i pojednawcze, nie pomniejszające winy Niemców i nadmieniające również cierpienia innych narodów. Na przykład w numerze 13 na stronie 39 nadmienia autor artykułu że w latach 1939 do 1947 zmuszonych zostało do opuszczenia swoich ojczystych pieleszy około 50 milionów ludzi. Z tego tylko co czwarty był Niemcem.

Również książka "Stalins hämd" z podtytułem "Röda armén i Tyskland 1944-1945", wydawnictwo Historiska Media 2001, szwedzkiego autora Niclasa Sennertega jest ciekawa. Tam, między innymi, może czytelnik znaleźć krótki opis historii statku "Wilhelm Gustloff".

Obszerniejszy opis historii tragedii statku znaleźć można, na przykład, w książce "The Damned Don´t Drown" z podtytułem "The Sinking of the Wilhelm Gustloff", autor A. V. Sellwood.


http://www.wirtualnapolonia.com

A