"Kuriozalny popis"

 

2009.04.21 Nasza Polonia

 

W ostatnią niedzielę 19 kwietnia odbył się w Amsterdamie festiwal Westerparkse Zondagen, w okolicach ulic i placu Frederika Hendrik - łączący różne działania kulturalne i promocyjne: teatr, film, muzykę, zabawy dla dzieci oraz mini poczęstunki.

 

Można było odwiedzić meczet, skorzystać gratis z fitness, zamówić ze zniżką masaż stóp, obejrzeć wystawy fotografii, poczęstować się arabskimi słodyczami, lub paëlla. Typowa składanka różnych atrakcji wypełniających program ulicznych, weekendowych festiwali - często organizowanych w poszczególnych dzielnicach miasta, podczas wiosennych i letnich miesięcy. Największą popularnością cieszyły się wypełnione do ostatniego miejsca ogródki kawiarniane, w których gościom - dla umilenia czasu - podgrywali lub śpiewali artyści.

Skusiłam się na mini-koncert w Atelier Walt de Rijk - w wykonaniu muzyków Nederlands Philharmonisch Orkest - któremu towarzyszyło szkicowanie portretów wykonawców przez właściciela galerii-atelier.

Koncert, którego wysłuchałam, był drugim z koleji występem artystów - w powtarzanym co godzinę cyklu trzech, popołudniowych mini-koncertów. Właściwie dostąpiłam wrażeń tego, konkretnego performance’u przez przypadek. Spóźniłam się bowiem parę minut na pierwszą edycję koncertu o godzinie 15.00. Przez szyby galerii zobaczyłam, że muzycy zaczęli już grać - więc postanowiłam poczekać godzinę na kolejny występ.

Przestrzeń atelier okazała się dość kameralna a dla publiczności przeznaczono zaledwie około dziesięciu krzeseł. Wystąpował duet wiolonczelistki i altowiolisty. Repertuar koncertu - dość symboliczny - składał się z miniatur i drobnych transkrypcji, o niewielkim dla zawodowców poziomie trudności wykonawczych. Cały występ, którego wysłuchałam, trwał zaledwie 23 minuty - i można powiedzieć: na szczęście dla obu stron.

Slogan promocyjny festiwalu brzmiał: "Bądź odkrywcą i przyjdź także!" W samej rzeczy, koncert okazał się swego rodzaju odkryciem - połączonym z najwyższym zdumieniem i niedowierzaniem.

Muzycy rozpoczęli program od prostego utworku G. P.Telemanna. Po paru minutach pierwszej części, nagle - niemal jednocześnie - przerwali grę, przy czym wiolonczelistka najwyraźniej ocknęła się i odkryła spontanicznie na głos, iż przeoczyła fragment tekstu muzycznego. Nie była to żadna kokieteria sceniczna czy wyjaśnienie kierowane do publiczności, lecz komentarz dla altowiolisty, pomijający całkowicie fakt obecności słuchaczy. Po chwili muzycy rozpoczęli utwór od początku - wysłuchaliśmy więc nieplanowanej repetycji tego samego fragmentu, tyle że... z dodatkowymi atrakcjami w przerwie.

Gdybym nie wiedziała, że są to instrumentaliści Niderlandzkiej Orkiestry Filharmonicznej, byłabym pewna, że słucham amatorów-hobbystów i to u cioci na imieninach. Pierwszy raz w życiu przechodziły mi po skórze dreszcze - nie z powodu piękna i ekspresji muzyki - lecz z powodu odpychającej brzydoty i bylejakości dźwięku obu instrumentów.

Muzycy zademonstrowali całkowity brak wzajemnej współpracy i skupienia. Jeden z utworów zaczęli nierówno - bez najmniejszego porozumienia - jakby każde z nich zapomniało o obecności partnera. O interpretacji w ogóle nie można niczego powiedzieć. Ot, po prostu - coś sobie niezobowiązująco frazowali. Bez dbałości, nie tylko o estetykę dźwięku, ale nawet o czystość intonacji - niczym uczniowie szkoły podstawowej. Jakby pierwszy raz na oczy zobaczyli nuty wykonywanych utworów. Można było odnieść wrażenie, że szkicują próbne wykonanie - podobnie, jak właściciel galerii szkicował portret altowiolisty.

Sięgając po kolejne nuty, wiolonczelistka wyraziła swój brak zainteresowania utworem i zaproponowała zmianę repertuaru: "Nie, lepiej Bartok" - powiedziała do altowiolisty, nie przejmując się obecnością słuchaczy. Muzycy wymienili więc nuty na tekst B. Bartoka.

Zgodnie z holenderską tradycją kameralnych koncertów - lider zespołu zazwyczaj przyjmuje rolę konferansjera. W czasie tego koncertu, altowiolista również skorzystał z takiej możliwości i pomiędzy utworami wyjaśnił słuchaczom, że jest to "koncert nieformalny" i w związku z tym muzycy "mogą nawet popełniać pomyłki".

Nie wiem, jakie parametry miałyby definiować "nieformalność" koncertu. Nie da się zaprzeczyć, że wstęp był bezpłatny, drzwi galerii nie zostały zamknięte na zamek i w czasie występu dołączyła nawet do publiczności grupka trzech osób. Jednakże cicho i nikomu nie przeszkadzając. Wszyscy obecni zgromadzili się wszakże po to, aby wysłuchać muzyki. O wiele bardziej dekoncentrująca była kobieta, natrętnie rejestrująca kamerą bieg wydarzeń oraz publiczność - zarówno przed występem, jak i w trakcie.

W Amsterdamie organizuje się wiele niedzielnych koncertów klasycznych - bezpłatnych, za symboliczne ceny lub datki - najczęściej w kościołach. Trafiają się wśród nich smaczne niespodzianki artystyczne - jak na przykład występ rok temu w Oude Kerk pianistki z Japonii, grającej barokowo-klasycystyczny repertuar na wiekowym prototypie dzisiejszego fortepianu. Wiele jednak z tych imprez jest na dość miernym poziomie - nie wyłączając koncertów symfonicznych granych przez amatorskiej klasy orkiestry.

W informacjach o programie festiwalu nie było żadnej wzmianki, iż jest to jakiś "koncert inaczej". Publiczność mogła oczekiwać profesjonalnego wykonania i potraktowania - tym bardziej, że przez zawodowych instrumentalistów drugiej, najlepszej w kraju orkiestry, obok Het Koninklijk Concertgebouworkest. Tymczasem festiwalowa atrakcja okazała się pokazem "chałtury", rozumianej w sposób, jaki trudno sobie wyobrazić i przewidzieć. Jestem pewna, że z taką nonszalancją i amatorszczyzną nie spotkałabym się nawet u klezmera grającego w pubie - mówię jednak o polskim środowisku, ponieważ moje wyobrażenia o holenderskim środowisku muzycznym zostały przewrócone do góry nogami.

Nie wiem, co mam sądzić o wartościach wyznawanych przez holenderskich muzyków i specyficznym poczuciu "luzu". Wychowałam się w klimacie polskiej tradycji i edukacji muzycznej - być może "staroświeckiej", nie mniej jednak, od pokoleń szanowanej i uznawanej na międzynarodowej scenie za jedną z najlepszych.

Muzycy Niderlandzkiej Orkiestry Filharmonicznej, jak w każdej prestiżowej orkiestrze, posiadają zapewne wykształcenie akademickie a zatem, wszelkie zagadnienia sztuki wykonawczej nie powinny być im obce. Sztuki tej uczy się instrumentalistów od najmłodszych lat - przynajmniej w polskich szkołach muzycznych - ponieważ dzieci również występują publicznie i przyzwyczajają się do kontaktu z audytorium.

Oczywiście, nikt nie jest doskonały i każdemu może zdarzyć się pomyłka, jednakże mali muzycy - przed wypuszczeniem ich na estradę - uczeni są panowania nad wpadkami. Zwłaszcza zaś tego, że absolutnie niedopuszczalne jest przerwanie gry - choćby miało się improwizować treść utworu. Jest to o wiele mniejsza szkoda dla dzieła muzycznego i występu, niż niekontrolowana przerwa. Słuchacza bowiem nie interesują osobiste zmagania wykonawcy z samopoczuciem, własną pamięcią, oporem materii lub innymi przeszkodami. Słuchacz ma prawo oczekiwać przeżyć artystycznych.

Gdy wykonuje się muzykę kameralną, każdy z partnerów musi reagować na to, co robi druga osoba. Podążać za nią, podjąć to, co zostało - choćby omyłkowo - zainicjowane i pomóc przywrócić utwór na właściwe tory. Nie można spać w czasie występu z wyłączoną koncentracją. Okazywanie swoich niedyspozycji, kaprysów, lekceważenia słuchaczy i rangi występu jest nawet niezgodne z ethosem zawodowego muzyka. Nikt nie musi wspominać uczniowi czy studentowi o istnieniu takiego pojęcia - oczywistość pewnych zasad po prostu wchłania się równolegle do nauki warsztatu gry i interpretacji.

Kandydat na muzyka przyswaja sobie dość oczywistą i niepodważalną prawdę - nie wartościuje się, nie kategoryzuje miejsca występu, ani słuchaczy. Zawodowiec nie przestaje być zawodowcem i artystą - niezależnie od warunków zewnętrznych. Nie zawsze gra się w słynnej filharmoni. Nie zawsze występ musi być za wysokie honorarium. Co mieli powiedzieć rosyjscy soliści, uznawani za najwybitniejszych na świecie, którzy w okresie stalinowskim grywali nierzadko po wioskach zabitych dechami, w pomieszczeniach być może nawet bez elektryczności i przed audytorium pierwszy raz w życiu słyszącym muzykę klasyczną? Czyż każdy występ nie jest jednakowym wyzwaniem artystycznym dla wykonawcy - niezależnie od szerokości geograficznej?

Dyplom zawodowego muzyka zobowiązuje, ale... może się mylę? Może nie wyczuwam różnic kulturowych. Mam powody, w każdym razie, zastanawiać się: jakich wartości naucza się w Konserwatorium w Amsterdamie? Jestem tylko przybyszem z Polski i najbardziej znane są mi polskie realia sprzed lat - z pewnością trochę inne.

Biuro koncertowe Akademii Muzycznej im. F. Chopina (obecnie Uniwersytetu F. Chopina), na miarę swoich możliwości, przygotowywało dość wszechstronnie studentów do aktywności koncertowej. Czasami propozycją był płatny koncert w Białej Sali pałacu w Wilanowie, innym razem bezpłatny, w osiedlowym klubie kultury - na rozklekotanym pianinie, bez połowy odzywających się dźwięków. To dopiero była mobilizacja, walka z materią i dokonywanie cudów, aby odciągnąć uwagę klubowiczów od rozmów, gry w szachy lub karty, powstrzymać chodzenie po sali i zainteresować wielkimi dziełami wielkich mistrzów. Cele do osiągnięcia i ewentualny sukces wcale nie stawały się mniejsze. Przeciwnie.

Do tej pory żyłam w przekonaniu, że nie istnieje coś takiego, jak bardziej i mniej formalny koncert. Jeżeli cokolwiek miałoby kojarzyć mi się z tak dziwaczną nazwą, to może jedynie niezależne koncerty w polskich środowiskach w czasie stanu wojennego - podziemne, nielegalne, wykonywane najczęściej w kościołach i parafiach.

Z pewnością to inna optyka, inne doświadczenia. Dalekie zapewne od bezstresowej i komfortowej pod wieloma wzgędami edukacji na gruncie holenderskim. Jednak, niezależnie od doświadczeń i różnic kulturowych, na każdym rynku muzycznym, w każdej tradycji muzycznej - publiczny występ posiada formę i obowiązujące, niezmienne prawa. Na festiwalowe koncerty muzyki klasycznej przychodzi wrażliwa publiczność, z własnego, świadomego wyboru, i zasługuje na odpowiedni szacunek. Zawsze też w cenie jest skromność wykonawców i odrobina pokory wobec prezentowanej sztuki.

Dyrygent Nederlands Philharmonisch Orkest, Yakov Kreizberg, z pewnością stawia członkom zespołu odpowiednio wysokie wymagania. Domyślam się, że nie przyjąłby do wiadomości wyjaśnienia braku jakości gry nieformalnym potraktowaniem próby lub koncertu. Przypuszczam, że muzyk nie spełniający wymagań profesjonalizmu zostałby, wcześniej czy później, usunięty z zespołu.

Prawdą jest, że czasami publiczność ma szansę uczestniczenia w próbie orkiestry. Istnieje wszakże tradycja prób generalnych, dostępnych dla publiczności. Nie służą one jednak wtajemniczaniu gości "od kuchni" w nieprzygotowanie repertuaru i braki członków zespołu. Próba taka jest poprzedzona wcześniejszą, intensywną pracą orkiestry oraz etapem samodzielnego ćwiczenia w domu repertuaru przez instrumentalistów. Postawa i ignorancja, zaprezentowane w czasie festiwalu Westerparkse Zondagen zdegradowałyby profesjonalizm zespołu i prezentowany poziom artystyczny.

Koncert w Atelier Walt de Rijk jest nie tylko kompromitacją duetu instrumentalistów, ale wystawieniem opinii wszystkim muzykom Nederlands Philharmonisch Orkest - być może niezasłużonej. Dlaczego? Ponieważ w informatorach festiwalu, wiolonczelistka i altowiolista nie występowali pod własnymi nazwiskami, lecz reprezentowali rodzimą orkiestrę. Gratuluję zatem niedzielnej, wiosennej beztroski i dobrego samopoczucia.

Może więc lepiej na drugi raz nie przyjmować ofert niegodnych poziomu "zawodowca"...?

Marzenna Donajski